Instytucja skargi nadzwyczajnej obowiązuje od 3 kwietnia 2018 roku i wprowadzona została nowelizacją ustawy o Sądzie Najwyższym. Zgodnie z art. 89 ustawy skarga nadzwyczajna może być wniesiona od prawomocnego orzeczenia sądu powszechnego lub sądu wojskowego kończącego postępowanie, jeżeli jest to konieczne „dla zapewnienia zgodności z zasadą demokratycznego państwa prawnego urzeczywistniającego zasady sprawiedliwości społecznej”. Może być też skierowana, jeśli orzeczenie narusza zasady lub wolności i prawa człowieka i obywatela określone w Konstytucji, orzeczenie w sposób rażący narusza prawo przez błędną jego wykładnię lub niewłaściwe zastosowanie, lub zachodzi oczywista sprzeczność istotnych ustaleń sądu z treścią zebranego w sprawie materiału dowodowego. Termin do wniesienia skargi nadzwyczajnej wynosi pięć lat od dnia uprawomocnienia się zaskarżonego orzeczenia, natomiast  w przypadku skierowania kasacji albo skargi kasacyjnej – roku od dnia ich rozpoznania.

   W dniu 16 czerwca 2018 roku weszła w życie nowelizacja, która ograniczyła krąg podmiotów uprawnionych do wniesienia skargi – do Prokuratora Generalnego i Rzecznika Praw Obywatelskich. Dotychczas obydwa podmioty poinformowały o skierowaniu czterech skarg nadzwyczajnych do Sądu Najwyższego.

   Ostatnio Prokurator Generalny wniósł pierwszą tego rodzaju skargę w sprawie o błąd medyczny. Chodzi o sprawę zakończoną wyrokiem Sądu Apelacyjnego w Warszawie z dnia 8 stycznia 2016 roku.

   Przypomnieć należy, że dotyczy ona pacjenta, który trafił do jednego z warszawskich szpitali. Jak ustaliły sądy doszło do błędów diagnostycznego, terapeutycznego i wadliwej organizacji leczenia. W efekcie udar, którego pacjent doznał, doprowadził do rozległego i nieodwracalnego rozstroju zdrowia. Sąd Okręgowy w Warszawie zasądził na rzecz mężczyzny tytułem zadośćuczynienia kwotę 500 tysięcy złotych od szpitala i ubezpieczyciela, a tytułem odszkodowania blisko 17 tysięcy złotych. Ponadto zasądził na rzecz żony powoda 30 tysięcy złotych tytułem zadośćuczynienia, a na rzecz syna 100 tysięcy złotych.

    Orzeczenie to zostało zmienione przez Sąd Apelacyjny w Warszawie, który oddalił powództwo w zakresie zadośćuczynienia na rzecz żony i syna, uznając że tylko śmierć członka rodziny narusza dobra osobiste jego najbliższych. Jak uzasadnił rozległy i nieodwracalny rozstrój zdrowia jakiego doznał mężczyzna, nie spowodował jego śmierci, w związku w tym więź rodzinna, będąca przedmiotem ochrony z art. 448 kodeksu cywilnego, została zachowana, choć nie na takim samym poziomie co przed zdarzeniem.

   Według Prokuratora Generalnego powyższe orzeczenie zapadło z naruszeniem zasad demokratycznego państwa prawa. Skarżący wywodzi, że zgodnie z ugruntowanym orzecznictwem, do zerwania więzi rodzinnej i szczególnej więzi emocjonalnej między członkami rodziny dochodzi także wskutek wywołania u osoby bliskiej ciężkiego, nieodwracalnego uszczerbku na zdrowiu. W konsekwencji, zdaniem skarżącego, Sąd Apelacyjny błędnie przyjął, że zadośćuczynienie pieniężne za naruszenie dobra osobistego w postaci więzi rodzinnej i szczególnej więzi emocjonalnej między członkami rodziny, określanej jako prawo do życia w rodzinie, przysługuje osobom bliskim tylko w sytuacji, gdy następstwem czynu niedozwolonego jest śmierć człowieka, a nie istotny uszczerbek na zdrowiu.

    Powyższe doniesienia medialne przekonują, że prawomocnie już zakończone sprawy o błędy medyczne mogą powrócić na wokandę.

Post image for Medycyna estetyczna vs kosmetologia

Medycyna estetyczna vs kosmetologia

Michał Badowski04 sierpnia 2018Komentarze (0)

 Pytanie o to, jakie zabiegi może wykonywać lekarz medycyny estetycznej, a jakie kosmetyczka lub kosmetolog nieustannie podgrzewa atmosferę dyskusji na temat kompetencji zawodowych.  Kiedy mamy do czynienia z typowo pielęgnacyjnymi zabiegami nie budzi wątpliwości to, że są one wykonywane w gabinetach kosmetycznych, w przeciwieństwie do zabiegów inwazyjnych (liposukcja, wycinanie zmian), które są już wyłączną domeną lekarzy medycyny estetycznej. Należy jednak zwrócić uwagę, że pomiędzy powyższymi wyznacznikami podziału kompetencji zawodowych znajduje się przestrzeń, która pozostawia pewne niejasności interpretacyjne.

  Problem w tym, że obowiązujące prawo nie daje jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, jakie zabiegi może wykonywać lekarz, a które kosmetyczka lub kosmetolog. Za główne kryterium podziału zwykło się przyjmować to, czy podczas zabiegu zostaje przerwana ciągłość tkanek. Tylko lekarze i pielęgniarki mogą wykonywać iniekcje, dlatego wyłącznie oni powinni aplikować botoks. Drugim kryterium podziału jest inwazyjność zabiegu.

  W społeczeństwie pokutuje przekonanie, że medycyna estetyczna jest mało wymagającą, za to bardzo zyskowną branżą. W rzeczywistości to jedna z najbardziej kompleksowych dziedzin, gdyż wymaga wiedzy z wielu różnych obszarów medycyny. Należy doskonale rozumieć fizjologię starzenia się organizmu, a także znać się na dermatologii, endokrynologii, flebologii, a częściowo też chirurgii, nie mówiąc o wiedzy technicznej, niezbędnej do bezpiecznego stosowania szeregu urządzeń. W rezultacie kosmetyczka lub kosmetolog, którzy zamierzają wykonać zabieg z zakresu medycyny estetycznej, powinni odpowiedzieć sobie na pytanie, czy naprawdę posiadają wystarczającą wiedzę i doświadczenie, a przede wszystkim, czy będą w stanie udzielić pomocy w przypadku komplikacji.

  A te ostatnie mogą się zdarzyć zawsze, o czym przekonują ostatnie doniesienia medialne o oszpeceniu jednej z klientek gabinetu kosmetycznego. Według wpisów, które przeczytać w mediach społecznościowych, sytuacja taka miała miejsce w gabinecie medycyny estetycznej byłej uczestniczki programu „Top Model”, gdzie w trakcie wykonywania zabiegu ostrzykiwania botoksem doszło – w następstwie powikłań – do martwicy tkanki.

  Dlatego wskazane jest de lege ferenda, aby zakres kompetencji zawodowych był wyraźnie rozdzielony. Zabiegi inwazyjne i związane z naruszeniem bariery skórnej powinny być zastrzeżone do wyłącznej kompetencji lekarzy medycyny estetycznej. W końcu w przypadku źle wykonanej depilacji często dochodzi do poparzeń i trzeba wiedzieć, jak szybko i skutecznie udzielić pacjentowi pomocy medycznej. Z kolei przy infekcji w trakcie mezoterapii, ani kosmetyczka ani kosmetolog nie wypiszą przecież recepty na antybiotyk, odsyłając klienta do lekarza. W kompetencjach kosmetyczek i kosmetologów mogą pozostać zaś procedury mniej inwazyjne, a także cały zakres zabiegów pielęgnacyjnych.

 

  Na początku tygodnia media obiegła wiadomość o odmowie udzielenia przez szpitale telefonicznej informacji  matce na temat stanu zdrowia jej dziecka, które ucierpiało w wypadku autokaru. Powodem nieudzielenia żądanych informacji miały być przepisy RODO. W tej kwestii doczekaliśmy się stanowiska Rzecznika Praw Pacjenta.

 Przede wszystkim należy zauważyć, że jednym z podstawowych praw pacjenta jest uprawnienie do wiedzy na temat stanu zdrowia. W przypadku małoletnich prawo to realizują przedstawiciele ustawowi, czyli rodzice wykonujący władzę rodzicielską wobec dzieci. Rodzice mają więc prawo do uzyskania od osoby wykonującej zawód medyczny przystępnej informacji o stanie zdrowia pacjenta, rozpoznaniu, proponowanych oraz możliwych metodach diagnostycznych i leczniczych, dających się przewidzieć następstwach ich zastosowania albo zaniechania, wynikach leczenia oraz rokowaniu, w zakresie udzielanych przez tę osobę świadczeń zdrowotnych oraz zgodnie z posiadanymi przez nią uprawnieniami.

 Zgodnie z art. 28 ust. 1 pkt 1 ustawy z dnia 15 kwietnia 2011 roku o działalności leczniczej podmiot leczniczy wykonujący działalność leczniczą w rodzaju stacjonarne i całodobowe świadczenia zdrowotne jest obowiązany w razie pogorszenia się stanu zdrowia pacjenta, powodującego zagrożenie życia lub w razie jego śmierci, niezwłocznie zawiadomić wskazaną przez pacjenta osobę lub instytucję, lub przedstawiciela ustawowego.

  Skoro ustawodawca nałożył obowiązek na ww. podmiot leczniczy poinformowania rodzica o pogorszeniu się stanu zdrowia jego dziecka, to tym bardziej taka informacja może być przekazana przez telefon, zważywszy na to, że obowiązek musi być wykonany niezwłocznie. Dodatkowo zainicjować taką rozmowę może sam rodzic, telefonując do ww. podmiotu leczniczego.

 Przepisy prawa nie zabraniają udzielania informacji o stanie zdrowia w rozmowie telefonicznej. Kwestią problematyczną jest natomiast, aby udzielić informacji osobie do tego uprawnionej. Nie ma określonych reguł czy też sposobów weryfikacji statusu osoby kontaktującej się ze szpitalem telefonicznie.

 Według Rzecznika Praw Pacjenta niedopuszczalne jest postępowanie zakładające z góry odmowę udzielenia informacji o stanie zdrowia pacjenta, w tym o jego pobycie w podmiocie leczniczym, bez jakiejkolwiek próby indywidualnego rozpatrzenia sygnału i weryfikacji osoby dzwoniącej. Rzecznik wskazał, że jakkolwiek dane dotyczące małoletnich pacjentów podlegają ochronie, jednakże szpitale powinny dołożyć należytej staranności w procesie identyfikacji osób dzwoniących i wesprzeć rodziców w tym zakresie.

  Zdaniem Rzecznika Praw Pacjenta rodzicowi, który złożył oświadczenie o tym, że jest przedstawicielem ustawowym lub w inny sposób uwiarygodnił swoją tożsamość, na przykład przez podanie danych o swoim dziecku, takich jak nr PESEL, data urodzenia bądź drugie imię dziecka, powinna zostać udzielona informacja w zakresie tego, czy małoletni przebywa w szpitalu oraz jaki jest jego stan.

  Jeżeli rozmowy w szpitalu są nagrywane, tak przeprowadzona weryfikacja – w ocenie Rzecznika – stanowi zabezpieczenie dla podmiotu udzielającego świadczeń zdrowotnych w zakresie dołożenia należytej staranności przy weryfikacji osoby dzwoniącej. W przypadku braku rejestracji rozmów pracownik szpitala powinien sporządzić notatkę służbową dokumentującą przebieg rozmowy.

 

 

 

  Zastępca ordynatora w szpitalu Jacek W. stanął przed sądem dyscyplinarnym pod zarzutem zaniedbania obowiązku nadzoru nad lekarzem przyjmującym poród. Zdarzenie miało miejsce z 30 na 31 maja 2012 roku, wówczas jedna z pacjentek rodziła bliźniaki, jednak z powodu zbyt późnej interwencji medycznej obydwa płody obumarły. Pełniący w tym czasie dyżur Jacek W. nie pospieszył z pomocą położnikowi.

  Sąd dyscyplinarny I instancji uznał, że Jacek W zaniedbał kontroli i doprowadził do skutków śmiertelnych, jak również naraził życie pacjentki. W szczególności nie dopełnił obowiązków wynikających z art. 4 ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty. Przepis ten nakazuje, by lekarz wykonywał zawód, zgodnie ze wskazaniami aktualnej wiedzy medycznej, dostępnymi mu metodami i środkami zapobiegania, rozpoznawania i leczenia chorób, zgodnie z zasadami etyki zawodowej oraz z należytą starannością. Lekarz został ukarany zakazem pełnienia funkcji kierowniczych na okres roku.

  Od powyższego orzeczenia obrońca obwinionego ordynatora odwołał się do Naczelnego Sądu Dyscyplinarnego, zarzucając, że sąd I instancji nie dochował procedury wnikliwego sprawdzenia faktów. Wywodził, że bezpośrednia odpowiedzialność spada na lekarza przyjmującego poród, nie zaś na dyżurującego.

  Naczelny Sąd Dyscyplinarny zmienił orzeczenie i z opisu czynu wyeliminował bezpośrednią odpowiedzialność za skutek w postaci obumarcia płodów. Jednak potwierdził, że Jacek W. ponosi winę, z powodu braku nadzoru nad mniej doświadczonym lekarzem.

  Kasację na korzyść lekarza złożył jego obrońca, który zarzucił Sądowi II instancji m.in. brak rzetelnego odniesienia się do zarzutów apelacji, przesłuchanie świadka mimo jego sprzeciwu, nieuwzględnienie opinii biegłych z Zakładu Medycyny Sądowej we Wrocławiu i oparcie się na orzeczeniu sądu karnego.

  Oddalając kasację jako niezasadną, postanowieniem z dnia 6 czerwca 2018 roku, Sąd Najwyższy podkreślił, że lekarz  nie poświecił czasu pacjentce leżącej na jego oddziale i nie dochował należytej staranności.

  Zdaniem Sądu Najwyższego nie potwierdził się zarzut, że Naczelny Sąd Lekarski oparł swoje orzeczenie tylko na wyroku karnym, jako że sąd dyscyplinarny poczynił własne ustalenia co do winy lekarza. Wskazał, że sąd lekarski mógł posłużyć się opinią biegłego z postępowania karnego.

 

  Podczas wykonywania swoich obowiązków zawodowych lekarza stykają się z uzasadnionymi przypadkami podejrzenia stosowania przemocy wobec pacjentów. Codziennie do szpitali, przychodni, gabinetów lekarskich i stomatologicznych trafiają pacjenci, w stosunku do których mogła być stosowana przemoc. Niejednokrotnie  opisywane zdarzenia dotyczą małoletnich. Mimo to, jak podkreśla się w piśmiennictwie, w Polsce przypadki stosowania przemocy wobec dzieci są nieczęsto rozpoznawane przez lekarzy, a w diagnozowaniu niektórych dolegliwości somatycznych dziecka lekarze zwykle nie biorą pod uwagę, że wiele objawów może być następstwem stosowania wobec dziecka przemocy. Analizy dowodzą także, że lekarze zbyt rzadko stosują procedurę „Niebieskie karty”, a wielu z nich wskazuje na trudności w połączeniu codziennej pracy zawodowej z nakładanymi na nich dodatkowymi obowiązkami. Trudności może sprawiać również samo rozpoznanie przemocy oraz brak znajomości procedur.

  Tymczasem zgodnie z art. 304  § 1 Kodeksu postępowania karnego  każdy dowiedziawszy się o popełnieniu przestępstwa ściganego z urzędu ma społeczny obowiązek zawiadomić o tym prokuratora lub policję. W dalszej kolejności instytucje państwowe i samorządowe, które w związku ze swoją działalnością dowiedziały się o popełnieniu przestępstwa ściganego z urzędu, są obowiązane niezwłocznie zawiadomić o tym prokuratora lub policję oraz przedsięwziąć niezbędne czynności do czasu przybycia organu powołanego do ścigania przestępstw lub do czasu wydania przez ten organ stosownego zarządzenia, aby nie dopuścić do zatarcia śladów i dowodów przestępstwa. Powyższe oznacza, że lekarze udzielający świadczeń w publicznych placówkach służby zdrowia mają nie tylko społeczny, ale i prawny obowiązek denuncjacji stosowania przemocy wobec pacjentów pod rygorem odpowiedzialności karnej za zaniechanie zawiadomienia. Zasadniczo zatem samo zawiadomienie o przestępstwie, jak i wskazanie osoby podejrzanej mieszczą się w granicach prawa. Mogłyby one zostać przekroczone wyłącznie wówczas, gdyby takie zawiadomienie i wskazanie konkretnej osoby podejrzanej dokonywane było ze złym zamiarem i pełną świadomością nieprawdy takiego twierdzenia (wyrok SA w Warszawie, sygn. I ACa 1004/98).

  Lekarz Grzegorz Ś. został obwiniony przed sądem dyscyplinarnym I instancji  o to, że po udzieleniu porady lekarskiej poszkodowanej Agnieszce P. w sprawie jej dziecka skierował pismo do dyrektora ośrodka pomocy społecznej z informacją, że pacjentka zaniedbuje swoje obowiązki względem dzieckiem. W piśmie opatrzonym pieczątką lekarską stwierdził, że Agnieszka P jest niewydolna wychowawczo i podał kilka przykładów na te stwierdzenia.

  W związku z zawiadomieniem pracownik opieki społecznej przeprowadził wywiad środowiskowy w miejscu zamieszkania dziecka, który nie potwierdził informacji podanych w zawiadomieniu. Jak dodatkowo ustalono, lekarz Grzegorz Ś. był  szwagrem ojca dziecka pozostającym w głębokim konflikcie z byłą żoną.  O rzekomo złym traktowaniu dziecka lekarz dowiedział się z pośrednich przekazów od ojca małoletniego.

  Sąd lekarski I instancji uznał winę Grzegorza Ś. Jego zachowanie oceniono jako naruszenie zasad etyki zawodowej, niezgodne z art. 1 ust. 3 KEL. Według tego przepisu „naruszeniem godności zawodu jest każde postępowanie lekarza, które podważa zaufanie do zawodu”. Lekarz został ukarany naganą, która następnie została utrzymana przez Naczelny Sąd Lekarski.

  W kasacji do Sądu Najwyższego obrońca obwinionego zwrócił uwagę na ograniczenie prawa do obrony, błędnych ustaleniach faktycznych jakoby nie było przyczyn do kontroli społecznej, a także nietrafną ocenę pisma, które nie było donosem. Powołał się także na konstytucyjne prawo do wolności wypowiedzi.

  Postanowieniem z dnia 29 maja 2018 roku sygn.akt SDI 13/18 Sąd Najwyższy 26 maja br. oddalił kasację jako niezasadną. Zdaniem sądu obwiniony w swoim liście do ośrodka pomocy społecznej świadomie podał informacje godzące w dobre imię matki, sugerujące brak opieki nad dzieckiem. Kontrola wykazała, że ta opieka była dobra. Sąd Najwyższe podkreślił, że powoływanie się na naruszenia konstytucyjnej wolności wypowiedzi jest niesłuszne. W tej sprawie istotne było, że nie zwykły obywatel, lecz lekarz posługujący się pieczątką przekazał błędną informację. A co więcej lekarz spokrewniony z ojcem dziecka, który wiedział o konflikcie między rodzicami.

  W konsekwencji Sąd potwierdził, że lekarz powinien zachowywać w takich sytuacjach szczególną ostrożność, a przed podjęciem decyzji nie można było poprzestać na wysłuchaniu wyjaśnień wyłącznie jednej strony. Lekarz jednak kierował się racjami tylko ojca i w ten sposób podważył zasadę zaufania.