Na początku tygodnia media obiegła wiadomość o odmowie udzielenia przez szpitale telefonicznej informacji  matce na temat stanu zdrowia jej dziecka, które ucierpiało w wypadku autokaru. Powodem nieudzielenia żądanych informacji miały być przepisy RODO. W tej kwestii doczekaliśmy się stanowiska Rzecznika Praw Pacjenta.

 Przede wszystkim należy zauważyć, że jednym z podstawowych praw pacjenta jest uprawnienie do wiedzy na temat stanu zdrowia. W przypadku małoletnich prawo to realizują przedstawiciele ustawowi, czyli rodzice wykonujący władzę rodzicielską wobec dzieci. Rodzice mają więc prawo do uzyskania od osoby wykonującej zawód medyczny przystępnej informacji o stanie zdrowia pacjenta, rozpoznaniu, proponowanych oraz możliwych metodach diagnostycznych i leczniczych, dających się przewidzieć następstwach ich zastosowania albo zaniechania, wynikach leczenia oraz rokowaniu, w zakresie udzielanych przez tę osobę świadczeń zdrowotnych oraz zgodnie z posiadanymi przez nią uprawnieniami.

 Zgodnie z art. 28 ust. 1 pkt 1 ustawy z dnia 15 kwietnia 2011 roku o działalności leczniczej podmiot leczniczy wykonujący działalność leczniczą w rodzaju stacjonarne i całodobowe świadczenia zdrowotne jest obowiązany w razie pogorszenia się stanu zdrowia pacjenta, powodującego zagrożenie życia lub w razie jego śmierci, niezwłocznie zawiadomić wskazaną przez pacjenta osobę lub instytucję, lub przedstawiciela ustawowego.

  Skoro ustawodawca nałożył obowiązek na ww. podmiot leczniczy poinformowania rodzica o pogorszeniu się stanu zdrowia jego dziecka, to tym bardziej taka informacja może być przekazana przez telefon, zważywszy na to, że obowiązek musi być wykonany niezwłocznie. Dodatkowo zainicjować taką rozmowę może sam rodzic, telefonując do ww. podmiotu leczniczego.

 Przepisy prawa nie zabraniają udzielania informacji o stanie zdrowia w rozmowie telefonicznej. Kwestią problematyczną jest natomiast, aby udzielić informacji osobie do tego uprawnionej. Nie ma określonych reguł czy też sposobów weryfikacji statusu osoby kontaktującej się ze szpitalem telefonicznie.

 Według Rzecznika Praw Pacjenta niedopuszczalne jest postępowanie zakładające z góry odmowę udzielenia informacji o stanie zdrowia pacjenta, w tym o jego pobycie w podmiocie leczniczym, bez jakiejkolwiek próby indywidualnego rozpatrzenia sygnału i weryfikacji osoby dzwoniącej. Rzecznik wskazał, że jakkolwiek dane dotyczące małoletnich pacjentów podlegają ochronie, jednakże szpitale powinny dołożyć należytej staranności w procesie identyfikacji osób dzwoniących i wesprzeć rodziców w tym zakresie.

  Zdaniem Rzecznika Praw Pacjenta rodzicowi, który złożył oświadczenie o tym, że jest przedstawicielem ustawowym lub w inny sposób uwiarygodnił swoją tożsamość, na przykład przez podanie danych o swoim dziecku, takich jak nr PESEL, data urodzenia bądź drugie imię dziecka, powinna zostać udzielona informacja w zakresie tego, czy małoletni przebywa w szpitalu oraz jaki jest jego stan.

  Jeżeli rozmowy w szpitalu są nagrywane, tak przeprowadzona weryfikacja – w ocenie Rzecznika – stanowi zabezpieczenie dla podmiotu udzielającego świadczeń zdrowotnych w zakresie dołożenia należytej staranności przy weryfikacji osoby dzwoniącej. W przypadku braku rejestracji rozmów pracownik szpitala powinien sporządzić notatkę służbową dokumentującą przebieg rozmowy.

 

 

 

  Zastępca ordynatora w szpitalu Jacek W. stanął przed sądem dyscyplinarnym pod zarzutem zaniedbania obowiązku nadzoru nad lekarzem przyjmującym poród. Zdarzenie miało miejsce z 30 na 31 maja 2012 roku, wówczas jedna z pacjentek rodziła bliźniaki, jednak z powodu zbyt późnej interwencji medycznej obydwa płody obumarły. Pełniący w tym czasie dyżur Jacek W. nie pospieszył z pomocą położnikowi.

  Sąd dyscyplinarny I instancji uznał, że Jacek W zaniedbał kontroli i doprowadził do skutków śmiertelnych, jak również naraził życie pacjentki. W szczególności nie dopełnił obowiązków wynikających z art. 4 ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty. Przepis ten nakazuje, by lekarz wykonywał zawód, zgodnie ze wskazaniami aktualnej wiedzy medycznej, dostępnymi mu metodami i środkami zapobiegania, rozpoznawania i leczenia chorób, zgodnie z zasadami etyki zawodowej oraz z należytą starannością. Lekarz został ukarany zakazem pełnienia funkcji kierowniczych na okres roku.

  Od powyższego orzeczenia obrońca obwinionego ordynatora odwołał się do Naczelnego Sądu Dyscyplinarnego, zarzucając, że sąd I instancji nie dochował procedury wnikliwego sprawdzenia faktów. Wywodził, że bezpośrednia odpowiedzialność spada na lekarza przyjmującego poród, nie zaś na dyżurującego.

  Naczelny Sąd Dyscyplinarny zmienił orzeczenie i z opisu czynu wyeliminował bezpośrednią odpowiedzialność za skutek w postaci obumarcia płodów. Jednak potwierdził, że Jacek W. ponosi winę, z powodu braku nadzoru nad mniej doświadczonym lekarzem.

  Kasację na korzyść lekarza złożył jego obrońca, który zarzucił Sądowi II instancji m.in. brak rzetelnego odniesienia się do zarzutów apelacji, przesłuchanie świadka mimo jego sprzeciwu, nieuwzględnienie opinii biegłych z Zakładu Medycyny Sądowej we Wrocławiu i oparcie się na orzeczeniu sądu karnego.

  Oddalając kasację jako niezasadną, postanowieniem z dnia 6 czerwca 2018 roku, Sąd Najwyższy podkreślił, że lekarz  nie poświecił czasu pacjentce leżącej na jego oddziale i nie dochował należytej staranności.

  Zdaniem Sądu Najwyższego nie potwierdził się zarzut, że Naczelny Sąd Lekarski oparł swoje orzeczenie tylko na wyroku karnym, jako że sąd dyscyplinarny poczynił własne ustalenia co do winy lekarza. Wskazał, że sąd lekarski mógł posłużyć się opinią biegłego z postępowania karnego.

 

  Podczas wykonywania swoich obowiązków zawodowych lekarza stykają się z uzasadnionymi przypadkami podejrzenia stosowania przemocy wobec pacjentów. Codziennie do szpitali, przychodni, gabinetów lekarskich i stomatologicznych trafiają pacjenci, w stosunku do których mogła być stosowana przemoc. Niejednokrotnie  opisywane zdarzenia dotyczą małoletnich. Mimo to, jak podkreśla się w piśmiennictwie, w Polsce przypadki stosowania przemocy wobec dzieci są nieczęsto rozpoznawane przez lekarzy, a w diagnozowaniu niektórych dolegliwości somatycznych dziecka lekarze zwykle nie biorą pod uwagę, że wiele objawów może być następstwem stosowania wobec dziecka przemocy. Analizy dowodzą także, że lekarze zbyt rzadko stosują procedurę „Niebieskie karty”, a wielu z nich wskazuje na trudności w połączeniu codziennej pracy zawodowej z nakładanymi na nich dodatkowymi obowiązkami. Trudności może sprawiać również samo rozpoznanie przemocy oraz brak znajomości procedur.

  Tymczasem zgodnie z art. 304  § 1 Kodeksu postępowania karnego  każdy dowiedziawszy się o popełnieniu przestępstwa ściganego z urzędu ma społeczny obowiązek zawiadomić o tym prokuratora lub policję. W dalszej kolejności instytucje państwowe i samorządowe, które w związku ze swoją działalnością dowiedziały się o popełnieniu przestępstwa ściganego z urzędu, są obowiązane niezwłocznie zawiadomić o tym prokuratora lub policję oraz przedsięwziąć niezbędne czynności do czasu przybycia organu powołanego do ścigania przestępstw lub do czasu wydania przez ten organ stosownego zarządzenia, aby nie dopuścić do zatarcia śladów i dowodów przestępstwa. Powyższe oznacza, że lekarze udzielający świadczeń w publicznych placówkach służby zdrowia mają nie tylko społeczny, ale i prawny obowiązek denuncjacji stosowania przemocy wobec pacjentów pod rygorem odpowiedzialności karnej za zaniechanie zawiadomienia. Zasadniczo zatem samo zawiadomienie o przestępstwie, jak i wskazanie osoby podejrzanej mieszczą się w granicach prawa. Mogłyby one zostać przekroczone wyłącznie wówczas, gdyby takie zawiadomienie i wskazanie konkretnej osoby podejrzanej dokonywane było ze złym zamiarem i pełną świadomością nieprawdy takiego twierdzenia (wyrok SA w Warszawie, sygn. I ACa 1004/98).

  Lekarz Grzegorz Ś. został obwiniony przed sądem dyscyplinarnym I instancji  o to, że po udzieleniu porady lekarskiej poszkodowanej Agnieszce P. w sprawie jej dziecka skierował pismo do dyrektora ośrodka pomocy społecznej z informacją, że pacjentka zaniedbuje swoje obowiązki względem dzieckiem. W piśmie opatrzonym pieczątką lekarską stwierdził, że Agnieszka P jest niewydolna wychowawczo i podał kilka przykładów na te stwierdzenia.

  W związku z zawiadomieniem pracownik opieki społecznej przeprowadził wywiad środowiskowy w miejscu zamieszkania dziecka, który nie potwierdził informacji podanych w zawiadomieniu. Jak dodatkowo ustalono, lekarz Grzegorz Ś. był  szwagrem ojca dziecka pozostającym w głębokim konflikcie z byłą żoną.  O rzekomo złym traktowaniu dziecka lekarz dowiedział się z pośrednich przekazów od ojca małoletniego.

  Sąd lekarski I instancji uznał winę Grzegorza Ś. Jego zachowanie oceniono jako naruszenie zasad etyki zawodowej, niezgodne z art. 1 ust. 3 KEL. Według tego przepisu „naruszeniem godności zawodu jest każde postępowanie lekarza, które podważa zaufanie do zawodu”. Lekarz został ukarany naganą, która następnie została utrzymana przez Naczelny Sąd Lekarski.

  W kasacji do Sądu Najwyższego obrońca obwinionego zwrócił uwagę na ograniczenie prawa do obrony, błędnych ustaleniach faktycznych jakoby nie było przyczyn do kontroli społecznej, a także nietrafną ocenę pisma, które nie było donosem. Powołał się także na konstytucyjne prawo do wolności wypowiedzi.

  Postanowieniem z dnia 29 maja 2018 roku sygn.akt SDI 13/18 Sąd Najwyższy 26 maja br. oddalił kasację jako niezasadną. Zdaniem sądu obwiniony w swoim liście do ośrodka pomocy społecznej świadomie podał informacje godzące w dobre imię matki, sugerujące brak opieki nad dzieckiem. Kontrola wykazała, że ta opieka była dobra. Sąd Najwyższe podkreślił, że powoływanie się na naruszenia konstytucyjnej wolności wypowiedzi jest niesłuszne. W tej sprawie istotne było, że nie zwykły obywatel, lecz lekarz posługujący się pieczątką przekazał błędną informację. A co więcej lekarz spokrewniony z ojcem dziecka, który wiedział o konflikcie między rodzicami.

  W konsekwencji Sąd potwierdził, że lekarz powinien zachowywać w takich sytuacjach szczególną ostrożność, a przed podjęciem decyzji nie można było poprzestać na wysłuchaniu wyjaśnień wyłącznie jednej strony. Lekarz jednak kierował się racjami tylko ojca i w ten sposób podważył zasadę zaufania.

 

  Dotychczas  sądy dyscyplinarne  orzekały o pozbawieniu prawa do wykonywania zawodu lekarza jedynie w 14 sprawach i miało to zawsze miejsce w najbardziej drastycznych przypadkach, gdy dochodziło do poważnego okaleczenia pacjentów. Wydane niedawno orzeczenie Sądu Najwyższego dotyczy zagadnienia adekwatności kary do stopnia zawinienia.

  Pokrzywdzony pacjent złożył skargę na lekarza dentystę Sławomira W., który za jednym razem założył mu trzy implanty. Doprowadziło to do zakażenia, a następnie do konieczności usunięcia dwóch implantów. Mimo zgłoszenia powikłań lekarz nie kontynuował leczenia. Okręgowy Sąd Dyscyplinarny uznał, że obwiniony Sławomir W. złamał zasady etyki zawodowej i ukarał go naganą za opisany wyżej czyn. Z kolei za drugi z zarzuconych czynów – wystawienie recepty pomimo wcześniejszego zawieszenia w wykonywaniu zawodu – orzeczono w stosunku do lekarza najbardziej dolegliwą karę, a mianowicie pozbawienie prawa do wykonywania zawodu.

   Powyższe orzeczenie sądu I instancji zostało utrzymane w mocy przez Naczelny Sąd Lekarski, który stwierdził, że lekarz nie zachował należytej staranności przy wykonywaniu zabiegu, a później unikał kontaktów z pacjentem. Według sądu II instancji potwierdził się zarzut naruszenia przez dentystę art. 8 Kodeksu etyki lekarskiej. W świetle tego przepisu lekarz powinien przeprowadzać wszelkie postępowanie diagnostyczne, lecznicze i zapobiegawcze z należytą starannością, poświęcając im niezbędny czas.

  Wyrokiem z dnia 25 maja 2018 roku sygn. akt SDI 14/18 Sąd Najwyższy, po rozpoznaniu skargi kasacyjnej wywiedzionej przez obrońcę lekarza, uchylił wyrok Naczelnego Sądu Lekarskiego i przekazał sprawę temu sądowi do ponownego rozpoznania. Dokonując kontroli kasacyjnej orzeczenia sądu II instancji, Sąd Najwyższy uznał, że wymierzona kara była rażąco surowa. Podkreślił, że sąd ocenia tylko jeden czyn, a nie całokształt wykonywania zawodu, przez co kara wydalenia z zawodu jest rażąco niewspółmierna. „Nie można usuwać (z zawodu – przyp.) lekarza, który wydał jedną receptę w czasie, gdy miał zakaz wykonywania zawodu i skierował pacjenta do laryngologa”.

  Wprawdzie przedmiotem orzekania jest zawsze konkretny, jednostkowy czyn a nie całokształt wykonywania zawodu, to w świetle art. 53 k.k. sposób życia sprawcy przed popełnieniem przestępstwa jest okolicznością, którą sąd bierze pod uwagę przy wymiarze kary. Decydujące znaczenie ma tu przede wszystkim uprzednia niekaralność sprawcy, niemniej  Sąd Najwyższy zdaje się sugerować, że ciężar gatunkowy drugiego z czynów nie był na tyle poważny (nawet przy uwzględnieniu wcześniejszego zawieszenia w wykonywaniu zawodu), by orzekać wobec lekarza dentysty najbardziej dolegliwą karę.

   W grudniu 1809 roku amerykański chirurg Ephraim McDowell przeprowadził pierwszą na świecie owariotomię, a więc miało to miejsce w czasach, w których medycyna nie opanowała jeszcze takich zagadnień jak narkoza, aseptyka i antyseptyka. Zgodnie z ówczesnym stanem wiedzy dla chorej nie było żadnego ratunku, jako że odradzano wtedy wszelkie operacje na otwartej jamie brzusznej. Według obowiązujących w tym czasie kanonów sztuki medycznej lekarz powinien zostawić takie sprawy naturze, czyli pozwolić chorej umrzeć („Nigdy nie uda się wyciąć wewnętrznych guzów, obojętne czy na macicy, wątrobie, śledzionie czy kiszkach. Tu Bóg postawił przed chirurgiem granicę. Kto tę granicę przekroczy, postąpi jak morderca…”). Tak się nie stało w tym przypadku, gdyż determinacja i niezwykła odwaga chirurga, który nie ugiął się pod presją własnego środowiska zawodowego, doprowadziły do wykonania udanego zabiegu.

  Na uwagę zasługują szczególne okoliczności, w jakich operacja została przeprowadzona, w tym zwłaszcza naciski ze strony mieszkańców osady. Kiedy rozeszła się w społeczności lokalnej wiadomość, że umierająca kobieta zostanie operowana, a nie pozostawiona naturze, ludzie nie kryli oburzenia i zaczęli grozić lekarzowi samosądem. Operacja została wyznaczona na Boże Narodzenie tj. 25 grudnia 1809 roku, co miało w założeniu powstrzymać ludzi przed gwałtowną reakcją. Płonne to były nadzieje, gdyż w trakcie operacji, zgromadzony przed domem lekarza tłum żądał, by wyprowadzić McDowella zanim zabije pacjentkę. Łomotano w drzwi, a dwóch ludzi powiesiło na drzewie przed domem medyka dość wymowny sznur wisielczy. Skandowano „wyjdź doktorze, byśmy mogli cię powiesić”.

  Wydawać by się mogło, że opisana presja społeczna i groźby samosądu wobec lekarza wpisują się w kanon „bajki o żelaznym wilku”, niewiarygodnych wręcz historii z minionych dziejów, jednak nic bardziej mylnego. Media, nawet w tym miesiącu, informowały o licznych przypadkach agresji pacjentów wobec lekarzy (Duży szpital powiatowy na Śląsku. Chirurg drzemie w fotelu po nieudanej operacji wyciągania siekiery z głowy pacjenta. Budzi go duszenie – to brat zmarłego przyszedł „wymierzyć sprawiedliwość” Rzeczpospolita wydanie z 16 maja 2018 roku). Dr Maciej Hamankiewicz, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej jest zdania, że narastająca agresja pacjentów ma związek z topniejącymi zasobami kadrowymi w szpitalach. Masowe są odejścia specjalistów do przychodni.

  W obowiązującym stanie prawnym lekarze udzielający pomocy medycznej oraz czynności w ramach świadczeń pomocy doraźnej korzystają z ochrony przewidzianej dla funkcjonariuszy publicznych na gruncie Kodeksu karnego, o czym stanowi art. 44 w związku z art. 30 ustawy o zawodzie lekarza i dentysty. Powoduje to m.in., że zachowanie sprawcy, które normalnie podlegałoby kwalifikacji jako naruszenie nietykalności cielesnej ścigane z oskarżenia prywatnego, stanowi publicznoskargowe naruszenie nietykalności cielesnej lub napaść na funkcjonariusza publicznego. Rzecz w tym, że ochrona ta roztacza się nad lekarzami zatrudnionymi w publicznych jednostkach ochrony zdrowia. Lekarz przyjmujący w prywatnym gabinecie nie jest więc chroniony na podstawie przywołanych przepisów.

  Dlatego lekarze dążą do tego, żeby status funkcjonariusza publicznego przysługiwał im nie tylko w publicznych ośrodkach służby zdrowia, ale też w prywatnych. Należy przypomnieć, że takie rozwiązanie przewidywał § 15 porozumienia, które na początku lutego tego roku rezydenci zawarli z Ministrem Zdrowia.